Strony

wtorek, 25 sierpnia 2015

Sportowiec amator

Wpis dedykowany zespołowi TSK "Zagroda" Buczkowice, sekcji lekkiej atletyki PK oraz moim trenerom. ;)

     "Sport to zdrowie" ale na pewno nie w wersji wyczynowej... Z drugiej strony sport wyczynowy ma w sobie coś takiego magicznego, co wręcz uzależnia. Ze mnie wyczynowiec jest marny, ale ze względu na wiele dziwnych zdarzeń i zbiegów okoliczności, miałem okazję brać udział w kilku ciekawych imprezach i zawodach.
      W samych dyscyplinach sportowych na przestrzeni ostatnich lat miałem niezły rozstrzał - siatkówka, lekka atletyka, dawno temu pływanie, a nawet... szachy. I nie ważne czy wchodziłem w bloki startowe, ustawiałem się na pozycji przyjmującego, czy rozpoczynałem partię białymi, zawsze pojawiały się te same objawy: troszkę szybsze bicie serca, motylki w brzuchu, lekkie ale przyjemne mrowienie w opuszkach palców.
     Najlepsze uczucia zdecydowanie towarzyszą podczas biegu na 100 m. Całość trwa chwilę, ale w tym czasie przeżywa się istną huśtawkę nastrojów. Najpierw stresik z jednoczesną próbą lekkiego rozluźnienia się, potem maksymalna koncentracja na sekundy przed wystrzałem z pistoletu, później przeniesienie wszystkich emocji w bieg i walka z samym sobą, a na końcu ten wspaniały moment kiedy mija się linię mety i czuje się ulgę, radość, błogość... rzekłbym wręcz "sportowy orgazm".
     W moim przypadku wynik końcowy w konkurencjach indywidualnych schodzi na dalszy plan, o ile wiem, że dałem z siebie wszystko. Jestem tylko amatorem, cieszę się z samego startu i (idąc za słowami piosenki) pokonywania samego siebie. Inaczej jest w sportach zespołowych, czy sztafetach, gdzie dochodzi dodatkowa presja związana z tym, że nie chce się zawieść swojej drużyny. Wtedy wynik staje się sprawą nadrzędną. Jeśli jednak ma się obok siebie wspaniałą ekipę, to każda kolejna minuta rywalizacji jest czystą przyjemnością.
      Zanim jednak dojdzie do tych wszystkim startów, to trzeba się do nich przygotować, a treningi w sekcjach sportowych to czasem jedyna możliwość. Ja miałem szczęście, że zawsze trafiałem pod oko świetnych trenerów, którzy byli przede wszystkim ludzcy i prowadzili zajęcia z pasją, dzięki czemu chciało mi się w nich uczestniczyć bez względu na to, czy byłem zmęczony lub czy miałem dużo nauki. Poza tym podczas tych spotkań można poznać świetnych ludzi, a panująca atmosfera jest zazwyczaj mega pozytywna. Dlatego polecam każdemu kto podejmuje jakąkolwiek aktywność fizyczną, żeby znalazł sobie w okolicy jakąś sekcję sportową i spróbował się w nią wkręcić. Z pewnością będzie to lepsze niż siedzenie godzinami przed telewizorem i otwieranie kolejnego piwa.
     Po dobrym sezonie przygotowawczym, spragnieni adrenaliny i odrobiny stresiku mają okazję przetestować się w zawodach. Ja ze wszystkich dotychczasowych imprez najlepiej wspominam zdecydowanie Akademickie Mistrzostwa Polski w Łodzi. Z góry wiedziałem, że dużo nie nawojuję i śmiałem się, że mój udział w AMPach to trochę jak udział Jamajczyków w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich. Miałem jednak okazję do tego, żeby wyrwać się na dwa dni z uczelni i to pod pretekstem jej reprezentowania. Koniec końców ze swoich wyników byłem zadowolony, a wyjazd mogę zaliczyć do jak najbardziej udanych, bo stworzyliśmy fajną, wesołą i zgraną ekipę, która wspierała się nawzajem w każdym starcie i mam nadzieję, że podobnie będzie w następnym sezonie.
     I chodź spotykałem w życiu kilka osób, które w prześmiewczy sposób pytały po co się wszędzie pcham, skoro i tak nie mam szans na wielkie sukcesy, to ja i tak raz po raz staję na linii startu i do tej pory zawsze udawało się uzyskać całkiem przyzwoity wynik. Zastanawiam się tylko, na co byłoby mnie stać, gdybym na prawdę ruszył tyłek, wprowadził sobie dyscyplinę i na poważnie zaczął coś trenować...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz